sobota, 11 sierpnia 2018

„Demon Luster” - Martyna Raduchowska


Zaczynając kolejny cykl myślę sobie: Ha! Fantasy z nutką humoru? To ma niby przejść? Cieakwe co wymyśli autorka, skoro praktycznie wszystko już było? Mniej więcej coś takiego. Trudno mi stwierdzić co dokładnie. Zwłaszcza, że pierwszy tom połknęłam na szybko a drugi złapał mnie w pułapkę. Nie. Nie w czytelniczego kaca. Ani w szał książkoholika. Po prostu, najzwyczajniej, ot tak z radości. Dlaczego? Zapraszam na ciąg dalszy! 




Tytuł: Demon Luster 
Wydawnictwo: Uroboros
Seria: Szamanka od umarlaków – tom II 
Rok wydania: 2018 

Liczba stron: 415 



Mieć zawód w dzisiejszych czasach to nie sztuka. Ale taki oryginalny i jedyny w swoim rodzaju to już coś. Zwłaszcza jeśli samemu się go utworzyło. Ba! Nawet klienci przychodzą bez rozpracowania machiny marketingu. Ot, plotka padła i nagle wszyscy lgną do Idy Brzezińskiej. Dziewczyny od umarlaków. Nie żeby wielce narzekała. Tylko klnie, wyzywa i wrzeszczy na swój los co parę godzin. Przecież grożenie śmiercią to pestka, a bycie pionkiem w grze grzeszników to tylko dobra zabawa. Jednak nie zawsze można wybrnąć z niekomfortowej sytuacji. Zwłaszcza gdy ma się Pecha. Zwłaszcza gdy zrobi się głupotę, przed którą ostrzegano. Zwłaszcza, że Ida niedługo umrze. I to na własne nieszczęśliwe życzenie! 

Demon Luster zaciera łapki. Nie musiał za bardzo się starać, aby pokazać Idzie gdzie jest jej miejsce. Natomiast dziewczyna nie może jeść, spać, myśleć nie mówiąc już o studiach, które prawdopodobnie obleje (ale czy na pewno?). Jej psychiczne przemęczenie daje nieźle w kość. Nie tylko ona ale Tekla i Kruchy nie wiedzą jak jej pomóc. Wiele scenariuszy wprost do życiowej tragedii Idy, a tak mało pomysłów na pozytywne zakończenie. Rozwiązanie zagadek nie jest proste, a Pech nie opuszcza jej na krok. Bo co pocznie bez Idy? 

Interesująca konstrukcja powieści zaskakuje i sprawia naturalnie poczochranej. Trochę tego, trochę owego. Jednakże całość kształtuje się w logiczną i pełną emocji konstrukcję wartą zapoznania. Sarkazm oraz ironia płynące z wielu wypowiedzi zazwyczaj są irytujące, lecz tutaj podkreślają w jakiej sytuacji znajduje się główna bohaterka. Ma nie tylko Pecha, ale wielki, ogromny, wręcz monumentalny problem. Jest Szamanką od Umarlaków, czy tego chce czy nie. Lecz nie sądziła, że tak krótko nią pozostanie. Dylematy życiowe Idy są wręcz najnormalniejsze. Dlaczego? Ponieważ dotyczą życiowego wyboru: studia, zawód, praca, a może śmierć? Ostatnia opcja ani trochę ją nie interesuje. Zwłaszcza kiedy wie się, co czeka po zakopaniu w ziemi. Podobało mi się przedstawienie dziewczyny jako zwykłej kobiety na rozdrożu dróg życiowych. Jest młoda, zależna od wielu czynników, stara się jak najlepiej. Lecz to nadal za mało. Musi wybierać, a jeśli pozostały jej tylko najgorsze możliwości to cóż począć? 

Inną postacią jaką poznajemy ciut lepiej jest Kruchy. Ucieszyło mnie, że autorka postanowiła przybliżyć tego faceta z tajemniczą przeszłością. Bo nawet jeśli już ją poznamy to i tak nadal postać kryje w sobie zagadkę: dlaczego pomaga Idzie? Czy to tylko heroiczne pobudki, lęk przed przeszłością, a może kompletnie coś innego? Według mnie dobrze rozegrane pole manewru. Bo to ani romans, ani przyjaźń. Zwykle koleżeństwo. Takie pracownicze. A jednak jest w tym coś jeszcze...

Wykreowany świat wzbudza pewne emocje. Niektórym może nie przypaść do gustu zwłaszcza, że wszystko jest inne. Według mnie w drugim tomie czuć większą świeżość, indywidualność oraz pomysłowość. Osobiście w połowie książki poczułam swojskość. Troszkę też myślałam o wytworze Rowling. Jednakże zdecydowanie polubiłam naszą polską, nieco wykrzywioną magią rzeczywistość. Zdecydowanie chcę zapoznać się z dalszymi pomysłami autorki. 

Podsumowując: Powieść zasługuje na uznanie osób poszukujących czegoś specyficznego. Czegoś co od dawna w polskiej literaturze brakuje. Czegoś co poprawia humor, porusza emocje, uruchamia komórki. Czegoś co sprawi, że dzień staje się lepszy, godziny są niepożałowane, a całkowity czas poświęcony lekturze zdecydowanie ma same korzyści. Zachęcam do przeczytania historii o Idzie – Szamance od umarlaków. Bo los nie lubi być indywidualistą – potrzebuje wielu niecnych zamiarów, aby stać się nieprzewidywalnym.


Za przyjemność pobytu z umarlakami, dziękuję:

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Mamma mia: Here We Go Again!

Źródło z www.universalpictures.com

Powyższego filmu prawdopodobnie nie muszę nikomu przedstawiać, jednakże ze względu na pewne zamiłowanie postanowiłam podzielić się moimi wrażeniami. Otóż zapewne ktoś pomyśli: obejrzała Mamma mia, a potem kolejną część i szaleje na punkcie soundtracku, a także paru aktorów. Ha! Moja kolejka do lubienia, jednego z według mnie najlepszych musicali filmowych, była kompletnie inna. Od dziecka uwielbiałam wsłuchiwać się w winylową płytę z utworami ABBY. Pomimo kompletnego braku rozumienia słów, nie mówiąc już o tworzeniu własnego języka obcego zwanego potocznie angielskim, śpiewałam i tańczyłam godzinami na pokojowym dywanie. Kiedy ujrzałam trailer nowego musicalu z aktorką, którą aktualnie uważam za jedną z najwybitniejszych, wcale nie oczekiwałam na kinową premierę.


Jestem raczej sceptycznie nastawiona na kino. Wolę w swoich czterech ścianach skupić się na tym co najważniejsze, czyli samym filmie. Oglądać szczegóły, zatrzymać się na moment, podziwiać kunszt aktorski. Tak też stało się z Mamma Mia. Po zakupieniu własnej wersji na domowe kino nie potrafiłam oderwać wzroku ani słuchu. Czegoś tak pozytywnie nakręconego dawno nie widziałam! Meryl Streep pokazała na co ją stać, tak samo jak Amanda Seyfried. Wręcz anielsko pasowały do siebie jako matka i córka. Śpiew, tańce i kolory. Na dokładkę utwory znane mi od zawsze! Mogłam fałszować i słuchać odświeżone kawałki i nikt, ale to nikt nie patrzył na mnie jak na wariatkę. W końcu to było na TOPIE! Tak, to był zdecydowanie jedyny raz kiedy bycie popularnym czymś przysporzyło mi samych pozytywnych możliwości.

Trochę się obawiałam pójścia do kina. Po pierwsze nie wiedziałam... czy moje oczy wytrzymają tak wielki ekran. Nie mówiąc o wyjących dźwiękach z głośników. Jak się okazało dopiero po godzinie zaczęłam łzawić i to nie z oczywistych pobudek, czyli wzruszającego zakończenia. Przynajmniej nie wyglądałam na pozbawioną empatii. Po drugie obawiałam się, czy film mi się spodoba. Minęło dziesięć lat! Najczęściej kolejne części są ciut gorsze, nie mają klimatu, a aktorzy nudzą. Czy druga odsłona słonecznego musicalu poraziła mnie prądem? Było elektryzująco, ale z wrażenia! Trzeci argument przeciw pójściu do kina byli sami ludzie. Niestety ale mam pecha i trafiam na gaduły, piszczaki, kopiarki, marudziaki, śmieszki itd. Tym razem trafiła mi się piątka przyjaciółek, które gadały i gadały i końca nie było. Dzięki wszechobecnemu Bogu Kina jedna z nich była wystarczająco władcza by je uciszyć. Chociaż w ten sposób decybele zmniejszyły się o prawie 90%.



Jak już mogliście łatwo wywnioskować film był bajeczny! Nie wiem dlaczego ludzie narzekają, że Meryl nie pojawiła się w filmie w takiej ilości jakiej by chcieli. Według mnie to Cher była tam zbędna. Młode pokolenie dało czadu swoją energią pokazując, że również zasługują na uznanie. Natomiast zawiodłam się na Amandzie, a raczej jej charakteryzatorach. Wyglądała tak staro i tak była spalona słońcem, że patrząc na nią cierpiałam! 

Dlatego jest to najlepszy moment na podsumowanie mojego wywodu kinowo-filmowego. Czyli to co najlepsze: a są nimi oczywiście piosenki! Okazuje się, że wykorzystano mniej znane utwory. Osobiście miałam rozkmine nad (podliczając części) około dwoma. Po powrocie musiałam się wsłuchać, aby zastanowić się jak to się stało, że nie znałam tak pięknych piosenek. Ale to tylko piosenki. Warto się skupić raczej nad wykonaniem. Jak się okazuje główny utwór Mamma mia otrzymał nowy soundlook. Dla mnie było to mistrzostwo dla tego filmu. Pokazali, że można odgrzebać odgrzewany kotlet i zjeść go ze smakiem, gdy przyprawi się szczyptą miłości ;)


Podsumowując: 
Mamma mia, here I go again
My my, how can I resist you?
Mamma mia, does it show again
My my, just how much I've missed you?

poniedziałek, 30 lipca 2018

„Idiota” - Fiodor Dostojewski


Powieści klasyczne mają to do siebie, że mogą doprowadzać do czytelniczego kaca. Tylko troszkę innego rodzaju. Chociażby zmęczenie materiałem może przyjść dość szybko. Albo zapomnienie się o istnieniu czasu i spędzić nad książka stanowczo zbyt długo. Czasami trzeba włączyć myślenie na dość długo, a innym razem wyłączyć szare komórki na wiele stron. Zazwyczaj jednak, biorąc pod uwagę całość, klasyk wygrywa pod wieloma względami. Czy i tym razem tak się stało? 




Tytuł oryginału: Идіотъ 
Tłumaczenie: Helena Grotowska 
Wydawnictwo: MG 
Rok wydania: 2016 

Liczba stron: 649 



niedziela, 22 lipca 2018

„Zwiadowcy. Klan Czerwonego Lisa”- John Flanagan

Kiedy era bohaterów mija, nadchodzi czas na rozpoczęcie nowej historii pełnej przygód. Postacie mające swoje korzenie w dawnych czasach są w stanie odtworzyć w czytelnikach emocje. Emocje jakie towarzyszyły przez ostatnie kilka lat. Pytanie jednak brzmi czy można napisać coś nowego, skoro przerobiono praktycznie już wszystko? Czy da się ponownie zachwycić czytelników? Może czegoś zabrakło? Zapraszam na ciąg dalszy! 



Tytuł oryginału: Ranger's Apprentice The Royal Ranger. The Red Fox Clan 
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczarowska, Michał Zacharzewski 
Wydawnictwo: Jaguar 
Rok wydania: 2018 
Seria: Zwiadowcy – tom 13 

Liczba stron: 400