czwartek, 26 marca 2020

Zimowy ogród – Kristin Hannah


Już jakiś czas temu zakochałam się w Słowiku, o którym nadal jest dość głośno wśród miłośników literatury. Choć dość późno załapałam się na egzemplarz biblioteczny, to dość szybko zaopatrzyłam się w własny. Nie mogłam obejść się bez możliwości powrotu do tej cudownej historii przepełnionej emocjami. Dlatego gdy ponownie zdobyłam najnowszą powieść K. Hannah, natychmiast zabrałam się za jej czytanie. Jakie były rezultaty? 

Tytuł oryginału: Winter Garden 
Tłumaczenie: 
Wydawnictwo: Świat Książki 
Rok wydania: 2014
(wersja odnowiona 2019) 
Liczba stron: 424 

Kobieta. Żona, matka, córka. Przedstawione role społeczne należą do podstawowych, będących trzonem osobowości wielu kobiet. Jednakże nie każda chce być żoną, a co dopiero matką. Choć po podjęciu decyzji wykluczenie następuję natychmiastowo, niektóre będą wyrzekać się do samego końca. Meredith i Nina na pierwszy rzut oka są siostrami, lecz dzieli je wszystko. Jedna spełnia się w roli żony oraz matki, druga realizuje się zawodowo jako reporterka. Ich przeciwieństwem jest Anja. Druga połówka ich ojca. Po śmierci męża jeszcze bardziej zamyka się przed córkami. Jednakże nie przewidziała, iż ojciec wymusi na Meredith, aby zaopiekowała się matką oraz na Ninie namówienie matki do dokończenia bajki. Bajki którą jako małe dziewczynki słuchały podczas wieczornych opowiadań. Bajki nie mającej zakończenia, ponieważ Anja nigdy nie potrafiła jej dokończyć. Dlaczego tak trudno było jej opowiedzieć tę historię? Czy kryje ona w sobie nieoczekiwaną prawdę? Jak połączyć losy trzech kobiet, rozdzielonych przed laty chłodem? Jaka jest szansa na ocieplenie stosunków Anji z córkami? Dlaczego ich nie kochała? Czy to możliwe aby bajka była kluczem do rozwiązania rodzinnych sekretów? 

Początek nie zapowiada huśtawki emocjonalnej, jaką autorka zaserwuje nam w dalszej części książki. Ot, zwykła opowieść o dwóch dojrzałych siostrach, starających się sprostać życiowym wyzwaniom. Narracja zaskakuje od pierwszy stron. Poznawanie sióstr jest dość istotnym elementem w całej fabule, jednakże to bajka opowiadana przez Anję jest kluczem do sukcesu. Dwutorowość fabuły wymaga skupienia, wychwytywania pojedynczych elementów, by móc potem łączyć je w całość. Czytelnikowi zdecydowanie sprawi radość, gdy samemu dotrze do prawdy, nim o niej przeczyta. Nim upewni się jak wiele mu jeszcze brakowało do pełnego okrycia tajemnicy.. Oryginalne tło historyczne oraz na ogół typowe sielankowe życie rodzinne to zaledwie wierzchołek góry lodowej kryjącej rzeczywiste problemy rodziny Whitsonów. 

Nie ukrywam, iż bardziej byłam ciekawa dalszej części bajki opowiadanej przez Anję. Uroczy, lecz zdegradowany społecznie książę. Biedna, nic nie znacząca, dość mocno naiwna dziewczyna. Kruchość ich relacji można porównać do ciasteczek z francuskiego ciasta. Jedno nadepnięcie, ułamanie brzegu, spadnięcie z wysokości wystarczy aby zniszczyć uczucie powstałe między tym dwojgiem. Zapewne zapytacie, co w tym dziwnego? Otóż świat przedstawiony w bajce jest mroźny, skostniały, pełen złych ludzi oraz istotnie podobny do znanego wszystkim kraju. Ojczyzny lodowej ziemi, gdzie szlachetnie urodzeni musieli się ukryć i zacząć żyć jak szarzy obywatele ich dawnego królestwa. Już tak krótki wstęp może zainteresować osoby lubiące dociekać. Mnie zainteresowała fantastyczność oraz momentami podobieństwo do rzeczywistości. Zaczęłam też szperać w mojej pamięci dat i wydarzeń historycznych. Również kartkowałam do przodu w poszukiwaniu zmiennej czcionki, która zapowiadała ciąg dalszy bajki. Jakże byłam zaskoczona, gdy dostrzegłam jak wiele się zmieniło po interwencji sióstr! 

Moje niezadowolenie rodziła relacja Niny i Meredith. Czasem wydawała się prawdziwa, innym razem nierealna. Nie potrafię orzec skąd był we mnie taki dysonans, lecz bardzo długo nie mogłam się go pozbyć. Podobnie było z Anją. Jej zachowanie budziło niechęć, ponure myśli oraz irytację. W żałobie ludzie postępują różnorodnie. Próbowałam połączyć wszystkie wskazówki ze sobą by zrozumieć tę postać, lecz do końca nie udało mi się wzbudzić do niej sympatii. Możliwe że było to zamierzenie autorki. W końcu Anja była kreacją o wiele bardziej złożoną niżby się wydawało. Nie zmienia to faktu, iż na dłuższą metę denerwowała. Ostatnim elementem jest miejsce akcji. Lodowa kraina. Opisy jej tworzyły w mojej głowie piękne krajobrazy, które niestety nie skradły mojego serca. Zapewne gdybym zobaczyła te malownicze obrazy na własne oczy, mogłabym zrozumieć zachwyt… jednakże dla mnie nie wnosiły one nic. Co nie zmienia tego, iż również dostrzegłam różne odcienie śniegu. 

Podsumowując: Wciągająca historia o kobietach, które mierząc się z swoimi boleściami, docierają do sedna sprawy. Odkrywają jak łatwo można odpuścić, lecz jak trudno jest powrócić do punktu wyjściowego. Ile trzeba się namęczyć, aby zaakceptować dawne grzechy i podjąć kolejne decyzje mogące wcale nie zmienić niczego. Zakończenie rozrywało mi serce przez ostatnie sto stron! Na ostatnim zakręcie musiałam skupić się dwukrotnie, aby móc przeczytać ze zrozumieniem kolejne linijki tekstu. Emocje sięgały zenitu, uczucia eksplodowały, a historia dobiegała końca. Zdumiewające jak wiele można wywrzeć za pomocą liter. Jak wiele można dzięki nim zdziałać. Historie takie jak te zawarte w Zimowym ogrodzie są warte każdej cennej minuty z naszego życia, bo nigdy nie wiemy, która część tego opowiadania mogła wydarzyć się naprawdę.

niedziela, 22 marca 2020

Kalejdoskop – Danka Turek


Ostatnimi czasy ryzykuję wybierając powieści obyczajowe autorów, o których nigdy nie słyszałam. Są to często debiuty, stąd podchodzę do nich z przymrużeniem oka oraz ogromną dozą cierpliwości. Ponadto polskie powieści mające akcję w naszym kraju, bądź zawierające nazwy oraz imiona równie słowiańskie, są często dość mocno krytykowane… więc trzeba wyrobić swoje własne zdanie! Szukam nowości, bo w końcu warto poznać nieznane historie spod pióra anonimowych osób. Jak w tych poszukiwaniach odnalazłam Kalejdoskop?




Tytuł: Kalejdoskop
Autor: Danka Turek
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2020

Liczba stron: 413

Momenty z nastoletnich lat uważane są za najpiękniejsze, a zarazem najtrudniejsze do przeżycia. Hormony buzują, chęć buntu wygrywa z łagodnym usposobieniem, a trądzik jest nieuleczalną chorobą! Emilia oraz Marianna jako bliźniaczki zawsze były różne, lecz nigdy nie odmówiły sobie wsparcia. Zwłaszcza po niefortunnej stracie rodziców. Pełna werwy ciotka Stefcia bierze młode damy pod opiekę i staje się najlepszym Aniołem Stróżem. Pomimo dobrych rad, wyrozumiałości oraz miłości dziewczyny komplikują sobie wzajemnie życie. Czy siostrzana miłość wygra? Kiedy warto odpuścić? Jak walczyć o to, co się kocha, gdy nie potrafi się odróżnić jawy od snu? Czy Emilia wkrótce odnajdzie się w nowej roli? Co stanie się z Marianną? Pytań pełno, a odpowiedzi wysnute na dwa sposoby. Jakie?

Plejada bohaterów przewija się przez, doprawdy grubawą, aczkolwiek dobrze rozpisaną historię bliźniaczek. Choć to Emilia jest postacią, na której skupia się całą uwaga, to liczni sąsiedzi są równie ciekawie rozpisani na kartach z jej życia. Relacje tej samej chwili są przedstawione z różnych perspektyw. Podział na męski oraz damski punkt widzenia, pozwala na lepsze zrozumienie tego, co ukryte i dla niektórych nielogiczne. Elementy gry odkrywane są dzięki możliwości poznania emocji i uczuć targających obie strony konfliktu. Zaskakująco prosty, acz działający sposób na sukces!


"Racja jest jak dupa, każdy ma swoją"


Najbardziej w tego typu powieściach obawiam się dialogów. Nawet jeśli opisy są nieciekawe, długie lub aż zbyt krótkie, to dialogi mogą uratować sytuację. Tak się składa iż w Kalejdoskopie rozmowy między bohaterami są pełne zdrowego humoru, przyjaznego droczenia, a nawet inteligentnego spojrzenia na świat. Łatwo można zatracić się w pogadankach o niczym i w tak pogodnym gronie wypić filiżankę kawy. Uczucie radości również może pojawić się dzięki dobrej kreacji bohaterów. Ich życiowe problemy są jakby wyjęte z polskiego podwórka, a sposoby radzenia sobie z nimi wyjątkowo rzeczywiste. Są to dylematy prostego człowieka, a rozwiązania równie trywialne. Czyli dobre babskie kino!

Na czas akcji składa się wstęp oraz zakończenie będące w czasach współczesnych oraz treść właściwa, która rozpoczyna się w czasach PRLu. Choć początek wydawał mi się nieco oporny to rozwinięcie fabularne zupełnie mnie zaskoczyło. Wynika to zapewne z sytuacji w jakiej znajdują się bohaterowie. Wpierw poznajemy Emilię, kobietę w sile w wieku, a następnie jest już nastolatką pełną werwy. Nieoczekiwana zamiana bohaterek, bo właśnie tak odczułam różnice między nimi po zaledwie paru stronach. I choć miałam poczucie czytania o życiu dwóch obcych osób, to właśnie przeszłość idealnie współgrała z tym małym, poznanym skrawkiem teraźniejszości. Ponadto genialny element zaskoczenia pod koniec lektury, może wywołać niespodziewane (pozytywne) palpitacje serca!

Podsumowując: Do Kalejdoskopu podchodziłam z cierpliwością, która została bardzo szybko wynagrodzona. Bohaterzy, jak ich troski, stali się mi bliscy, a wszelkie bolączki przeżywałam równie mocno, co oni. Bo choć w życiu nigdy nie jest różo, to warto odkrywać jego wielorakie barwy. Odcieni szarości jest pełno, ale paleta barw obejmuje nieskończenie wiele możliwości. Powieść zasługuje na moment refleksji, zapomnienia we wspomnieniach oraz niezmierzonej dawki empatii. Ponieważ świat widziany wieloma oczami, może otrzymać nowe i niezapomniane obrazy zawierające tajemnice warte poznania.

Cytat pochodzi z: D. Turek, Kalejdoskop, Novae Res 2020, s. 183 (cytowanie marszałka Piłsudskiego)


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Novae Res!

poniedziałek, 16 marca 2020

Diabeł na wieży – Anna Kańtoch

Serię o Domenicu Jordanie rozpoczęłam niestandardowo, bo od trzeciego tomu.W niczym to nie przeszkadzało, ponieważ są to zbiory opowiadań, a nie pełnometrażowa fabuła. Choć początkowo brzmi to mało zachęcająco, po zaciągnięciu się choćby jednym rozdziałem, zostajesz pochłonięty na kolejne godziny. Zastanawiałam się czy równie podobne odczucie będę miała, gdy zacznę od początku? W końcu niewiele wiedziałam o głównym bohaterze, choć jego przygody były ekscytujące. Czy uzyskałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania, jakie pozostawiła po sobie lektura Diabła w maszynie? 



Tytuł: Diabeł na wieży 
Autor: Anna Kańtoch 
Wydawnictwo: Powergraph 
Rok wydania: 2018 
Seria: Domenic Jordan – tom I 

Liczba stron: 325 


Kiedy wierzymy w Boga, jednocześnie dajemy wiarę w istnienie innych mocy. Gdy nie potrafimy odpowiedzieć na nurtujące nas pytania, poszukujemy odpowiedzi modląc się do sił wyższych. Zagadkowa śmierć, niezrozumiałe przestępstwo, trudny do określenia przestępca? Toć musiał zrobić to ktoś okrutny, zły, nieokiełznany. Diabeł na wieży dokonał śmiertelnych czynów, lecz czy rzeczywiście jest im winny? Domenic Jordan przybywa do miejsca zbrodni, aby przekonać się kto jest rzeczywistym mordercą. Czy podołasz towarzyszyć mu w tę niebezpieczną podróż? 

Diabeł na wieży to zbiór sześciu krótki opowiadań, gdzie główną rolę gra Domenic Jordan. Jest to początek przygód tego młodzieńca, więc zdobywamy o nim zaledwie szczątkowe informacje. Autorka wykreowała postać pełną zagadek, intrygując Czytelnika nieścisłościami w życiorysie. Lakoniczne odpowiedzi, arogancki tryb życia, przekładanie rozumu nad sercem – oto nasz bohater! Kobiety nie mogą oderwać od niego oczu, arystokracja płaci krocie za jego usługi, ale on bezceremonialnie zawsze wybiera własną ścieżkę. Jest jak kot mający najwspanialszych opiekunów, pogardzi pełną miską, gdy wyczuje zew przygody! 

Oddaje pokłony za inwencje twórczą w ukształtowaniu opowiadań w formie książki. Rozpoczynając od rozdziału zerowego, już czułam się jakbym rozpoczęła coś odmiennego. Nie jest to wstęp ani prolog. To wyłącznie krótka, ale treściwa historia z Jordanem w roli głównej. Swoją osobą przyciąga Czytelnika, a następnie magnetyzuje urokiem. Poznajemy najważniejsze informacje dla przebiegu samej akcji, lecz kim jest, po co rzeczywiście przybył i jaki jest jego nieoficjalny zawód… możemy wyłącznie pomarzyć. Choć jest nam całkowicie obcy, niewątpliwie wielu, prędzej czy później, upadnie do jego stóp prosząc o więcej (Taki mały spoiler: są zaledwie trzy tomy!). 

Jednakże nie można tak bezceremonialnie oddać się w ramiona nowego kochanka. O nie! Ponieważ nawet z najlepszymi intencjami wyłapie się kilka zgrzytów. Zastanawiałam się nad nimi przez dłuższy czas, aby móc przetrawić targające mną wątpliwości. Ktoś mógłby to uznać za świadome działanie, ale byliby również wielbiciele czystego krytycyzmu. Zazwyczaj lubię kiedy powieść mknie szybko, co jakiś czas otrzymując typowe przerywniki w formie opisu. Pozwala to na zagłębienie się w fabułę, poukładanie dotychczasowej akcji, podsumowanie posiadanych wiadomości. W przypadku Diabła na wieży informacje są lakoniczne. Trochę jak z marchewką na kiju. Czasami dadzą nam skubnąć pikantnych szczegółów, ale by dostać więcej musimy się bardziej postarać. Nawet to nie oznacza, iż dostaniemy większy kawałek przysmaku. Autorka lawiruje pomiędzy naszymi pragnieniami, a tym co zamierza nam zdradzić. Czy był to świadomy zabieg? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale przynętę złapałam. Ups? 

Podsumowując: Niespodziewanie odkryłam cykl należący do polskiej autorki, która w prosty sposób stworzyła coś niesamowitego. Krótkie opowiadania stały się zbiorem, gdzie prawidłowo dobrane tworzą fabularną całość. Wydaje się to absurdalne, jednakże uważny Czytelnik połączy strzępki informacji i stworzy swój własny obraz Domenica Jordana. Mój całkowicie odstaje od tego na okładce, choć jest równie bajeczny. Wydaje się to być największa zaletą Diabła na wieży. Choć wiemy niewiele, chcemy poznać więcej. Zaintrygowani zagadkami oraz zaledwie krztyną magii, odkrywamy jak wiele można zdziałać przy celnym doborze wyrazów. To lektura zasługująca na miano tej, do której będę wracać i odkrywać na nowo świat w jakim żyje Domenic Jordan. 


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Powergraph!

sobota, 7 marca 2020

Wskrzesina – Artur Boratczuk

Choć czasami obawiam się niektórych książek, to staram się podejmować wyzwanie. Podobnie było tym razem, gdy otrzymałam Wskrzesinę do rąk własnych. Obejrzałam, przekartkowałam, poczułam zapach świeżego druku i zamarłam. Czy podołam temu zadaniu? Biorąc pod uwagę sytuację w jakiej aktualnie się znajduje, to było jak wdrapanie się na Rysy bez uprzedniego zdobycia jakiegokolwiek szczytu górskiego. Więc postanowiłam się przygotować. Gdy rozpoczęłam swoją przygodę z książką, po zaledwie paru minutach wiedziałam, że popełniłam karygodny błąd. 





Tytuł: Wskrzesina 
Autor: Artur Boratczuk 
Wydawnictwo: JanKa 
Rok wydania: 2020 

Liczba stron: 289